sobota, 9 marca 2013

4 NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU - NIEDZIELA RADOŚCI

 (Łk 15, 1-3.11-32)
   Przypowieść Jezusa o miłosiernym ojcu i dwóch synach dotyczy relacji człowieka do woli Bożej.
Tekst mówi o niezgłębionej woli Boga Ojca. Wolą Ojca jest miłość i radość z powrotu każdego zagubionego dziecka. Wolą Ojca jest, by wszyscy wrócili do Jego domu i byli szczęśliwi.
    Na tle miłosiernego Ojca i Jego woli kreśli św. Łukasz w mistrzowski sposób portrety dwóch synów. Młodszy z nich żąda od ojca majątku, spadku, chce odkrywać i zdobywać świat, cieszyć się życiem. Syn w ten sposób zrywa wszelkie relacje z rodziną. W grę wchodzi więc przemyślany, świadomie popełniony grzech. Po odejściu z domu rodzinnego ma możliwość życia w wolności. Wolność jest tutaj rozumiana jako rezygnacja z wszelkich uwarunkowań, zakazów, prawa. Symbolizuje ją życie w rozpuście. Syn zapomina o ojcu. Od tej pory nie są ważne jego uczucia, oczekiwania, pragnienia… Liczy się przyjemność i użycie.
Uciekając z domu ojca, syn zanurza się w świecie cierpienia, nieczystości, zła. Jego stopień degradacji określają cztery czynności. Najpierw traci majątek, żyjąc rozrzutnie. Następnie dotyka granicy bycia stworzeniem. Podejmuje się hodowli świń. Staje się poganinem. W końcu, by móc przetrwać kradnie pokarm świniom. Wyzbywa się godności, dotyka dna, stacza się najniżej, jak tylko możliwe. Wolność doprowadziła go do granic człowieczeństwa.
Od dna upokorzenia i nędzy zaczyna się jednak droga powrotu. Wskrzeszenie syna jest skutkiem wcześniejszego doświadczenia hojności, dobroci i miłości ojca. Jest to punkt, który pozwala odbić się od największego dna, by ponownie zanurzyć się w miłosiernych ramionach Boga.
W jakich postawach, zachowaniach, sposobie myślenia jestem podobny do młodszego syna? Czy nie jestem zazdrosny o swoją wolność? Czy nie marnuję, trwonię Bożych darów i szukam pokarmu, który nie daje zaspokojenia? Czy jestem rozrzutny z miłości czy z egoizmu? Czy doświadczyłem w życiu ruiny mojej egzystencji? Czy w chwilach moich odejść, upadków, moralnego dna, potrafię przyznać się do winy i wrócić pokorny? Czy potrafię stanąć przed Bogiem z pustymi rękami?
Starszy syn pozostaje w domu. Jest zawsze posłuszny, ułożony, pilny, wykonujący sumiennie swoje obowiązki, przyzwoity. Jego pierwsza reakcja na wieść o powrocie brata jest przeciwieństwem reakcji ojca. Ojciec wzruszył się na widok powracającego dziecka, natomiast starszy syn rozgniewał się. Starszy syn jest zazdrosny o względy, jakie brat ma u ojca, wyrzuca ojcu jego dobroć, miłosierdzie i miłość. Nie chce uznać swego umarłego brata za żyjącego. Odmawia wejścia do domu ojca i uczestnictwa w przyjęciu. W ten sposób łamie czwarte przykazanie i kodeks prawny. Zazdrość brata objawia się w smutku. Jest to demoniczny smutek z cudzego sukcesu, cudzej radości. Taki smutek stawia go poza świętującą wspólnotą i pobudza jego sprawiedliwy gniew.
Starszy syn zamyka się w sobie, czuje się urażony. Okazuje się, że nie miał dobrych relacji z ojcem. Był posłuszny jedynie formalnie, zewnętrznie. Wykonywał obowiązki z czystym sumieniem, ale bez uczucia, bez miłości. Nie akceptował sposobu działania i postaw ojca, a zwłaszcza jego miłosierdzia. Okazuje się, że starszy syn też jest martwy i zagubiony – w swojej zalęknionej poprawności.
    W jakich postawach, zachowaniach, sposobie myślenia jestem podobny do starszego syna? Jakie są moje ukryte motywacje w zachowaniu Dekalogu? Jakie uczucia rodzą we mnie odejścia i powroty innych do Boga i Kościoła? Czy nie  patrzę złym okiem na to, że Bóg jest dobry ? Czy moja religijność nie jest podszyta lękiem? Czy pozwalam sobie i innym na radość?
Zachowanie ojca z przypowieści jest nacechowane uczuciem, czułością, dobrocią, miłością, miłosierdziem. Gdy odchodzi młodszy syn, ojciec tęskni, oczekuje go. Nigdy nie stracił nadziei. Gdy powraca emanuje radością, wybiega mu na spotkanie, ściska czule i całuje. Taki spontaniczny sposób wyrażania miłości jest bliższy matce i daleki od roli ojca w społeczeństwie patriarchalnym. Wzruszony, przepełniony radością i niecierpliwą miłością nie chce słuchać usprawiedliwiających słów syna, ponieważ już dawno mu przebaczył. Nie oczekuje też niczego w zamian, nie chce zadośćuczynienia, ale obdarowuje go szatą, pierścieniem, sandałami. Są to znaki królewskości, godności, autorytetu, wolności i symbole zaślubin. Powrót syna nie jest tylko końcem dramatu ojca i dziecka. Jest świętem, radością, ogromnym wzruszeniem.
   Podobna czułość cechuje ojca w relacji do starszego syna. Ojciec nie obraża się na lekceważenie ze strony syna i złamanie czwartego przykazania. Odsuwa na bok swój honor, kodeks prawny i zachowania moralne synów. Jak dobry ojciec  nie zostawia starszego syna ze swym buntem. Wychodzi do niego (podobnie, jak do młodszego syna) i  próbuje go przekonać całą miłością, łagodnością i wyrozumiałością. Jego również nie osądza ani nie potępia.
Ojciec z przypowieści Jezusa w jakimś mglistym stopniu oddaje czym jest bezinteresowna, absolutna, nieskończona miłość Boga. Ojcowsko-macierzyńska miłość Boga wyraża się w dyskrecji, w akceptacji ryzyka wolności. Jest również nieskończenie cierpliwa. Miłość Boga przekreśla wszelką ludzką logikę dawania i brania. Zastępuje ją Boską logiką bezwarunkowego i bezinteresownego obdarowywania. Bóg Ojciec pragnie również jedności wszystkich swoich dzieci. Chce, by nas łączyła miłość. Nie kieruje się sprawiedliwością, ale miłosierdziem. Obdarza nas bezwarunkową miłością, byśmy byli również miłosierni wobec siebie. Miłosierny Ojciec jest szczęśliwy, gdy nasze serca są miłosierne i współczujące.
    Czy czuję chociażby w małym stopniu miłość i serce Boga Ojca, gdy moje dziecko lub bliski mi człowiek pobłądzi? Czy obraz miłosiernego Ojca jest mi bliski? Dlaczego tak? Dlaczego nie? Co daje radość Bogu? Co Go naprawdę cieszy? Czym mogę przyczynić się do Jego radości? Co dzieje się w sercu Boga Ojca, gdy skruszony po grzechu, powracam?
 
 
 
 
               

sobota, 2 marca 2013

3 NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

     (Łk 13,1-9)
 
    Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu. Prawdopodobnie bardzo dobrze znasz te słowa. Nie raz wypowiadałeś je przed sobą. Są sfery w naszym życiu gdzie bardzo pragniemy zmiany, a ciągle nic się nie dzieje. Kolejne rekolekcje, modlitwa, praca nad sobą -  i niestety dalej wpadamy w te same koleiny naszych słabości, braków, niezrozumienia innych.
    Ewangelia pokazuje nam, że Bóg w takich sytuacjach nie jest nami rozczarowany, nie ma nas dość, nie złości się tak jak my sami na siebie - przeciwnie daje nam czas i szanse, mało tego sam wkłada pracę, aby było nam lepiej. Czytamy, że to chore drzewko okopie i obłoży nawozem, a więc troskliwie się nim zajmie. Różne nasze choroby duchowe, mechanizmy obronne, przywiązania, nie są spowodowane przez nas samych ale są wynikiem tego jak zostaliśmy wychowani, ukształtowani przez otaczający świat. Bóg chce naszego zdrowia i pełni życia, dlatego troszczy się o nas i obdarza swoim błogosławieństwem i łaską.
    Popatrz na te rzeczy w twoim życiu, które są źródłem frustracji, niezadowolenia sobą. Wyobraź je sobie jako chore rośliny, przywiędłe, bez wody, bez odpowiedniej gleby...popatrz na Boga jako na ogrodnika, który troskliwie opiekuje się tymi roślinami, podlewa je kolejno, przycina, dogląda... one powoli kwitną i w końcu wydają owoce. Trwaj w tym wyobrażeniu tak długo jak zechcesz.
Jakiego owocu mam się spodziewać w naszym życiu? Tym owocem jest Królestwo Boże w moim sercu, w moim życiu. Nie jest to doskonałość, perfekcja, oczyszczenie się z wad i słabości, ponieważ taki cel jest jedynie źródłem nieustannego napięcia i niezadowolenia z siebie. Królestwo Boże to miłość i pokój. To przyjęcie siebie takim, jakim się jest. To pozwolenie by Bóg się mną zaopiekował i troszczył.
   Wyobraź sobie sytuacje kiedy w Twoim życiu pojawiają się owoce Królestwa Bożego. Na przykład jako szczęście w codziennym życiu, radość w pracy, na studiach, miłość i pokój w spotkaniach z innymi, w relacjach... Porozmawiaj z Bogiem o tym, jak dbać o swoje życie by przynosiło jak najwięcej takich owoców?  

 

niedziela, 24 lutego 2013

2 NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

   http://www.skb.vel.pl/b/images/ikonyPunkta/250px-Transfiguration_Raphael.jpg
                                                                                     (Łk 9,28b-36)
   Na początku dzisiejszej Ewangelii Jezus zabrał ze sobą Piotra, Jana i Jakuba. Wyszli razem, aby się modlić. Gdy Jezus wyszedł na górę, przemienił się. Jednym z filarów nie tylko Wielkiego Postu, ale także życia chrześcijańskiego jest modlitwa. Dzisiaj czytamy, jak Pan Jezus zaprasza do niej swoich uczniów. Nie czyni tego może słowami, ale po prostu bierze ich ze sobą, choć jak się później okaże to tylko On się modli, a uczniowie po prostu zasną. Jezus modli się tak, że nawet inaczej przy tym wygląda, ukazuje się w ten sposób Jego chwała. Jezus rozmawia z Mojżeszem i Eliaszem, których to pozostali towarzysze Jezusa zdołają rozpoznać dopiero, gdy się ockną.
W tym ważnym momencie Bóg chce, żeby z Jezusem byli obecni Jego uczniowie, choć bynajmniej nie rozumieją oni wtedy, co się dzieje i nawet nie wiedzą jak się modlić. Dla Boga ważne jest jednak, że tam są i że mogą ujrzeć chwałę Jezusa.
Warto zapytać się siebie, czy chętnie idę z Jezusem na modlitwę, kiedy On mnie do niej zaprasza? Jak ja postrzegam tego przemieniającego się Jezusa i jak z Nim rozmawiam?
Uczniowie Jezusa, choć przed tym zdarzeniem widzieli już dużo działania swojego Mistrza i usłyszeli pierwszą zapowiedź Jego śmierci, jednak jeszcze nie rozumieli, co się dzieje. Zobaczyli odmienionego Jezusa, zobaczyli dwóch proroków, z którymi On rozmawiał i to tak ich znowu zaskoczyło, że nie wiedzieli, co dalej mają zrobić. W tym momencie jeden z nich mówi, że po prostu dobrze, że tu jesteśmy i może w takim razie postawimy namioty dla Jezusa, Mojżesza i Eliasza.
Bóg działa w naszym życiu wiele znaków i cudów, ale często my w te znaki nie dowierzamy. Kiedy dzieją się kolejne rzeczy, które nas przerastają, my, choć już jesteśmy doświadczeni przez Boga, znowu nie wiemy co robić.
Jak to jest ze mną? Jak postępuję na drodze prowadzącej do Boga? Czy z każdym nowym cudem wiem trochę więcej, co powinienem robić? Jak odpowiadam na zaskakujące działanie Boga w mojej codzienności?
Choć uczniowie nie wiedzą, co mają robić, Bóg i tak dalej działa i osłania ich obłokiem, co z kolei powoduje strach. I wtedy słyszą od Boga: „To jest mój Syn wybrany, Jego słuchajcie”. Okazuje się, że choć oni ciągle nie rozumieją, a teraz nawet boją się, Bóg ciągle jest przy nich i nawet mówi do nich, aby zrozumieli i poznali, kim jest Jezus.
Tak samo jak wtedy, Bóg działa także w naszym świecie. Ludzie często nie rozumieją, ciągle pytają, skupiają się, nie na tym, na czym powinni, ale Bóg nie gani ich za to, jak są beznadziejni, ale dalej działa i mówi do nas, bo On chce nam wszystko objawić i tak wiele chce nam po prostu dać.
Jak ja reaguję, kiedy Bóg bezpośrednio przychodzi i mówi do mnie? Czy pojawia się we mnie wtedy lęk? Jeśli nawet boję się, to czy potrafię to przezwyciężyć i po prostu słucham Boga? Czy po prostu wierzę w Jego słowa, które potwierdzają, że Jezus jest Synem Bożym?
 

sobota, 16 lutego 2013

1 NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

                         (Łk 4, 1-13)
„Pełen Ducha Świętego, powrócił Jezus znad Jordanu i przebywał w Duchu Świętym na pustyni czterdzieści dni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód ......

    Działalność publiczna Jezusa zaczyna się od aktu odwagi i walki ze złem. Po opuszczeniu Nazaretu i chrzcie w Jordanie Jezus „przebywał w Duchu Świętym na pustyni czterdzieści dni, gdzie był kuszony przez diabła”. Można powiedzieć, że były to „czterdziestodniowe rekolekcje” na pustyni, w milczeniu i samotności.
W czasie tych „rekolekcji” szatan kusi Jezusa, by objawił przedwcześnie swą potęgę mesjańską. Zmierzają do tego trzy klasyczne pokusy. 
   Pierwsza dotyczy konsumpcji, posiadania. Szatan kusi wygłodniałego przez post Jezusa, aby zamienił kamienie w chleb. Chleb jest symbolem wszystkiego, co zmysłowe: posiadania, rozkoszowania się życiem, chciwości, zmysłowości, seksualności… Szatan usiłuje wmówić człowiekowi, że najważniejszy jest „chleb”, czyli wszelkie formy konsumpcji. Niebezpieczeństwo nie tkwi w posiadaniu, ale w pysze. Człowiek mierzy wszystko posiadanymi dobrami. Sądzi, że o jakości i wartości życia decyduje ilość zgromadzonych dóbr. Pozostaje ślepym na innych.
   Druga pokusa dotyczy władzy i panowania nad drugim człowiekiem. Szatan pokazuje Jezusowi „wszystkie królestwa świata” i obiecuje je w zamian za wyrzeczenie się Boga. Władza stwarza poczucie wszechmocy, daje kontrolę i możność budowania własnej wielkości kosztem innych. Inni muszą nam się kłaniać; stajemy się „bogami”, albo przeciwnie – sami  klękamy przed bożkami i idolami tego świata.
   Trzecią próbą jest pokusa spektakularnego cudu, prowadząca do pychy. Szatan kusi Jezusa, by dowiódł, że jest Synem Boga, rzucając się ze szczytu świątyni w dół. Jeśli jest Mesjaszem, zostanie uratowany przez Aniołów. Pokusa jest bardzo inteligentna. Jej celem jest pozyskanie ludzi dla Ewangelii, dla Boga. W podobny sposób będzie kusił szatan Jezusa na krzyżu. W rzeczywistości pokusa ta jest sprzeciwieniem się woli Boga Ojca, brakiem zaufania Bogu. Jest wyrazem pychy. Pycha jest „piętą Achillesową” życia duchowego i towarzyszy w całej wędrówce duchowej. Jezus stanowczo odrzuca także tę pokusę.
  Na progu swojej publicznej działalności Jezus pokonuje pokusy Złego. W ten sposób pokazuje swoim uczniom, skąd brać odwagę i w jaki sposób walczyć ze złem. Jezus walczy z szatanem, posługując się słowem Bożym. W Jego słowach jest moc samego Boga. Jezus nie dyskutuje z szatanem, ale odpiera jego pokusy stanowczo, spokojnie i z godnością. Jest pewny, silny, odważny, ma w sobie wewnętrzny pokój, bo całkowicie ufa Ojcu. Wie, że ma za sobą moc Ojca i Ducha Świętego. W całym swoim życiu nie zmaga się z szatanem sam, ale w jedności z Ojcem, w mocy Ducha Świętego.
   Czy potrafię wytrzymać pustkę, milczenie, samotność? Co jest dla mnie największą pokusą? W czym najczęściej poddaję się podszeptom złego ducha? Co stanowi moją „piętę Achillesową”? Co jest moim „chlebem”, moim pokarmem, czym żywię się na co dzień? Kto lub co jest moim bożkiem, idolem? Komu służę?
W jaki sposób przeżywam moje życie? Czego w nim nie akceptuję? Co najboleśniej przeżywam? W czym wyraża się moja duchowa pycha?
Czy towarzyszy mi świadomość, że moje życie toczy się w codziennym dramacie walki dobra ze złem? W jaki sposób walczę z pokusami, ze złem? Czy nie podejmuję samotnej walki i nie zapominam o swojej słabości, inteligencji szatana i mocy Boga?
 
                      

niedziela, 10 lutego 2013

5 Niedziela Zwykła

            (Łk 5,1-11)
  ... Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów! A Szymon odpowiedział: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim.

     Wokół Chrystusa zawsze – no, prawie zawsze – było mnóstwo ludzi. Dzisiaj nadal tak jest , Kościół, co by o nim nie mówić, jest wielki i liczny. Jak widzę Samego Siebie w tym tłumie? Chcę wsiąść do łodzi z Nim, czy mam wrażenie, że nie mogę się dopchać? Czy może wiem, że nic nie znaczę i nikogo nie obchodzę? Jakim wzrokiem patrzy On na mnie?
On zawsze i wszędzie myśli i dba o wszystkich – czujesz to?  
     Jezus wchodzi do łodzi Piotra, a jakoś nie widać żeby zapytał czy może. Potem wydaje polecenie Piotrowi i jego załodze. Daje rady komuś, kto zna się na tym, czym się zajmuje – Piotr to rybak, a w dodatku zmęczony rybak. Co sprawiło, że Piotr ani razu nie protestował? Przecież wiemy, że był porywczy i gwałtowny, że potrafił wyrażać swoje zdanie? Co takiego mówił Jezus, że wszyscy go słuchali? 
Co On mówi do mnie? Jak mówi to, co mówi? Jest ciekawy, interesujący, pouczający, mądry? A może nudzi, moralizuje, straszy?
Skoro rybacy uczynili to, co uczynili, czyli zrobili to, co kazał im Jezus okazało się, że spełniły się ich plany i pragnienia. I to w sposób, który przekraczał ich najśmielsze oczekiwania.
  W księdze proroka Aggeusza Bóg zwraca się do Izraela: Siejecie wiele, lecz plon macie lichy; przyjmujecie pokarm, lecz nie ma go do sytości; pijecie, lecz nie gasicie pragnienia; okrywacie się, lecz się nie rozgrzewacie; […] Wyglądaliście wiele, a oto macie mało, a kiedy [i to niewiele] znieśliście do domu, Ja to rozproszyłem. Dlaczego tak się dzieje?  Dlaczego tak się dzieje?
  Bóg zaprasza Izraela do pewnego rodzaju hazardu: zaryzykujcie i oddajcie to, co Mi się należy i sprawdźcie Mnie czy nie będę wam wtedy błogosławił.
  Zaryzykowałeś kiedyś i potraktowałaś poważnie słowa Jezusa? Może to dobry czas, żeby chociaż raz dać Mu szansę i sprawdzić Jego obietnice.

 
               

sobota, 2 lutego 2013

4 Niedziela zwykła

    „Jezus powiedział: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: Czy nie jest to syn Józefa? Wtedy rzekł do nich: Z pewnością powiecie Mi to przysłowie: Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu w swojej ojczyźnie tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum. I dodał: Zaprawdę, powiadam wam: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie....
 ... Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się”.  (Łk 4,21-30) 
   
    Pierwszą reakcją słuchaczy na prymicyjne wystąpienie Jezusa w rodzinnym Nazarecie było zdziwienie, zdumienie. Jezus przemówił jasno, prosto, by wszyscy mogli Go zrozumieć, a równocześnie w sposób oryginalny, spontaniczny, nowy. Ewangelista Marek przytacza pytania, jakie stawiają sobie mieszkańcy Nazaretu: „Skąd On to ma? I co to za mądrość, która jest Mu dana?” (Mk 6, 2). Pytania te  świadczą, że słowa Jezusa wypływają z głębi serca, są Jego słowami, Jego doświadczeniem, Jego życiem: „Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro. Bo z obfitości serca mówią jego usta” (Łk 6, 45).
   Słowa Jezusa wzbudziły podziw, ale również wątpliwości. Zamiast radości z obwołanego „Roku Łaski” mieszkańcy Nazaretu przechodzą stopniowo do sceptycyzmu, nieufności i krytyki. „Czy nie jest to syn Józefa?” Nazaretańczycy zżyli się z Jezusem. Widzieli Go, gdy wśród nich wzrastał, żył. I trudno było im zrozumieć mądrość Jezusa i tajemnicze działanie Boga.
   Wobec krytyki Jezus reaguje zdziwieniem, zaskoczeniem, któremu prawdopodobnie towarzyszy ból. Spodziewał się od rodaków współdzielenia radości; tymczasem spostrzega, że ma przed sobą mur zawiści i zazdrości. Jego miłość i pragnienie uzdrawiania napotykają na przeszkody. W tej scenie mamy pierwszy obraz ewangelizującego Jezusa: nie słuchany, przegrany, odrzucony.
   Jezus próbuje zrozumieć przyczynę odrzucenia i blokady mieszkańców Nazaretu: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I podaje przykłady Eliasza i Elizeusza. Mieszkańcy Nazaretu nie są w stanie uchwycić przesłania Jezusa, ponieważ nie znajdują się w sytuacji wdowy z Sarepty Sydońskiej (1 Krl 17, 8-24) ani Syryjczyka Naamana (2 Krl 5, 1-27). Nie są wystarczająco świadomi swego ubóstwa i dlatego nie potrafią się ubogacić. Nie są świadomi swojej ślepoty i nie potrafią przyjąć światła. Nie są też wystarczająco świadomi niewoli, w jakiej żyją, by móc cieszyć się głoszoną wolnością.
   Słowa Jezusa o wdowie z Sarepty i Naamanie były niewątpliwie prowokacją. Jednak owa prowokacja, która stanowiła kolejną szansę, stała się przyczyną jeszcze większej zatwardziałości serc; zatwardziałości, która zrodziła myśli zabójcze. Ojcowie Kościoła mówią: „Słońce może być także źródłem stwardnienia, kiedy zamiast trawy gotowej napełnić się jego energią, znajduje na swej drodze błoto, które pod jego wpływem potrafi jedynie stwardnieć”.
   Po „nieudanym wystąpieniu” w Nazarecie dokonuje się exodus Jezusa. Jezus jest zmuszony wyjść. Jezus który  przyszedł, niosąc w sobie cały ładunek uzdrawiającej mocy, zmuszony jest, wobec ślepoty, zazdrości i zawiści swoich współziomków, zawrócić i udać się gdzie indziej. Zostaje wyrzucony z synagogi poza miasto. To wyrzucenie Jezusa z Nazaretu, choć paradoksalnie wydaje się klęską, przynosi ogromne owoce. Jezus idzie do Kafarnaum, gdzie okazuje w pełni swoją Boską moc. Zwątpienie i niewiara współziomków nie zmieniły planów Jezusa. Nie próbuje szukać innych, bardziej wyrafinowanych form nauczania; czyni to samo, co przedtem. Wolność pozwala Mu przekroczyć ramy „lokalnego proroka” i wyjść poza krąg Nazaretu. Wydaje się niemal, że wzrost niezrozumienia, zazdrości czy też nienawiści ze strony człowieka, pociąga ze strony Jezusa  wzrost zrozumienia, życzliwości, miłości.

   Jakie jest moje wewnętrzne bogactwo? Czy jest we mnie wewnętrzna spójność pomiędzy tym, czym żyję, a tym, co wyrażam na zewnątrz? Czy zbyt łatwo i szybko nie oceniam i „szufladkuję” ludzi? Czy potrafię „przebijać się” przez pierwsze wrażenia, by odkrywać inność, oryginalność, piękno i tajemnicę każdego człowieka? Czy w relacjach z Jezusem nie poddaję się rutynie? Jakie uczucia wzbudza we mnie obraz „przegranego” Jezusa? Jaka jest moja reakcja wobec niezrozumienia i odrzucenia przez innych? Czy potrafię w wolności i z odwagą kontynuować dzieła, co do których mam moralną pewność, że są słuszne (i Boże)?
                                                
                                                



sobota, 26 stycznia 2013

3 Niedziela zwykła

   ... W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana. Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. Począł więc mówić do nich: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli.
                                                                                                                               (Łk 1,1-4.4,14-21) 
 
   Jezus odwiedzał różne wioski, miasta. Mówił do różnych ludzi. Dzisiaj przychodzi do swojego domu. Do swoich ludzi, których dobrze znał, którzy dobrze znali Jego. W takim środowisku jest najtrudniej. Często niewygodnie jest wierzyć wśród swoich. Jezus tak samo odwiedza TWÓJ dom. Twoją rodzinę, z Waszymi sprawami, problemami. On nie chce być Bogiem z „sąsiedniej wioski”, Bogiem Twoich znajomych. On chce być Bogiem Twoim i Twojego domu.
Spróbuj popatrzeć na Twoje życie – rodzinę, naukę, pracę, problemy. Myślisz, że Jezus tam jest? Jak się z Nim tam czujesz? Czy chcesz, żeby tam był? Chcesz Go zaprosić?  
   Jezus mówi, że to DZISIAJ wypełniło się to słowo. To znaczy, że DZISIAJ dzieje się Jego uwalnianie, uzdrawianie i pocieszanie Ciebie. Nie kiedyś dawno, kiedy może było łatwiej wierzyć. Nie za ileś lat, gdy wreszcie będzie łatwiej. Ale teraz. Teraz, gdy siedzisz i się modlisz. Jezus przychodzi jako Twój Zbawiciel, to znaczy, że chce Cię wybawić od wszystkiego, co Cię gniecie, zniewala i zamyka. Jak się czujesz teraz? Czy jesteś więźniem, niewidomym, uciśnionym czy ubogim? Czy wierzysz, że Jezus do Ciebie teraz przychodzi? Co chcesz z tym zrobić?
   Jakie znaczenie ma słowo Boże w moim życiu? Jak często sięgam do Pisma Świętego? Kiedy? Czy żyję słowem Bożym na co dzień?
   

sobota, 12 stycznia 2013

NIEDZIELA CHRZTU PAŃSKIEGO

... Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie.
                                                                                                        (Łk 3,15-16.21-22) 
 
     Dzisiejsza niedziela kończy w Kościele okres Bożego Narodzenia. Rozpoczynamy tak zwany „czas zwykły”. W ten zwykły czas wprowadza nas tajemnica chrztu Jezusa.
W życiu ludzkim, również religijnym ważna jest inicjacja i rytuały. Taki charakter miał chrzest Jana. Wprowadzał do wspólnoty tych, którzy oczekiwali bliskiego przyjścia Mesjasza. Chrzest poprzedzało wyznanie grzechów. Następnie zanurzano się w wodzie, pozostawiając w jej nurtach grzechy. Człowiek obmyty wodą łączył się z boskim źródłem życia.
Oczywiście, że Jezus, który nie miał nawet cienia grzechu nie potrzebował chrztu. Jednak stanął w grupie grzeszników. Wszedł w nasz świat, naszą słabość, nędzę, grzech. „Zbrukał się” niejako wszystkimi grzechami, które pozostawiano w Jordanie, by później nas z nich wyzwolić poprzez krzyż.
Jedynym sposobem, by spotkać dogłębnie Jezusa jest świadomość, że jesteśmy grzesznikami i potrzebujemy Jezusa. Odcięcie się od grzeszników, przekonanie, że jest się innym, lepszym, sprawiedliwym jest wykluczeniem siebie z relacji z Jezusem.
                           Św. Łukasz podkreśla trzy symbole chrztu Jezusa:
1. To otwarte niebo. W adwentowym czasie towarzyszyło nam dramatyczne wołanie Izajasza: „Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił” (Iz 63, 19). W chwili chrztu Jezusa otwiera się niebo, Więź między Bogiem a człowiekiem, która została zerwana jednostronnie przez człowieka, zostaje ponownie przywrócona. Człowiek wchodzi na nowo w orbitę miłosierdzia i łaski. Dlatego język Jezusa różni się od Jan Chrzciciela. Jan mówił o karze, gniewie Bożym, akcentował sprawiedliwość. Jezus mówi o miłości, dobroci i miłosierdziu Ojca.
2. To Duch Święty w postaci gołębicy. Egzegeci w rożny sposób interpretują gołębicę. Mamy tutaj odniesienie do Ducha, który unosił się nad pierwotnym chaosem, gdy Bóg kształtował świat. Gołębica pojawia się również po potopie, gdy przynosi Noemu radosną wiadomość o ustąpieniu wód, czyli końcu kary Bożej. W poezji i Biblii gołębica symbolizuje miłość. „Gołąbko ma, ukaż mi swą twarz i daj mi usłyszeć swój głos” – mówi oblubieniec do ukochanej w Pieśni nad Pieśniami (2, 14). W czasie chrztu Jezusa miłość Boża znów spłynęła na świat. Bóg w Jezusie ukazał nam „swą twarz” i dał usłyszeć swój głos.
3. Właśnie głos Boga jest trzecim elementem chrztu Jezusa. Zostaje przerwane milczenie. Autor listu do Hebrajczyków pisze: „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” (Hbr 1, 1n). Bóg przemówił do nas przez Syna językiem miłości: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.
W obrzędzie chrztu Jezusa uczestniczy cała Trójca Święta: Bóg Ojciec, Syn Boży, Duch Święty. Bóg Ojciec jest głosem, wypowiada Słowo, rodzi Syna: „Tyś Synem moim, ja Ciebie dziś zrodziłem”  Ps 2, 7. Syn Boży objawia pokorę Boga, wchodzi we wspólnotę z grzesznikami, ogałaca się. Duch Święty, który jest miłością, „unosi się między Ojcem i Synem”. Jakby „łączy” ich; czyni Jednym.
Trójca Święta towarzyszy również początkowi naszego życia duchowego. Jest z nami w czasie sakramentu chrztu. Bóg Ojciec wypowiada te same słowa, które wypowiedział nad Jezusem: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. Jezus zaprasza nas do intymnej relacji przyjaźni. A Duch Święty napełnia Bożą miłością.
   Jaki sens ma dla mnie rytuał chrztu świętego? Czy świadomość, że jestem chrześcijaninem, a więc ochrzczonym przekłada się na moje codzienne życie? Jakie jest moje doświadczenie Boga Ojca i siebie jako dziecka Bożego? Jak wygląda moja przyjaźń z Jezusem? Jakie miejsce w moim życiu duchowym zajmuje Duch Święty? Jak często modlę się do Trójcy Świętej?
                             

sobota, 5 stycznia 2013

UROCZYSTOŚĆ OBJAWIENIA PAŃSKIEGO

  
    Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon ...
... A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę ....    (Mt 2, 1-12) 
   Żeby zaistniało nowe życie, muszą być do tego odpowiednie warunki. Przyjazna i otwarta na życie rodzina, a przede wszystkim kobieta, matka.
   Czy Jezus ma możliwość i warunki, aby mógł narodzić się w moim sercu, w moim życiu? Jakie to są warunki? Czy mam w swojej codzienności „przestrzeń” ciszy i milczenia, modlitwy, aby Jezus mógł być ze mną i mówić do mnie? A może ja uciekam od ciszy, boję się samotności na modlitwie? Może obawiam się narodzin Jezusa w moim życiu i traktuje to jako utrudnienie i ograniczenie?  
  Mędrcy rozpoznali gwiazdę nowo-narodzonego Króla. Rozpoznali tzn. zobaczyli znak i potrafili go prawidłowo odczytać. Poza tym podjęli odważną i pełną wiary decyzję, aby za tym znakiem pójść.
 A ja? Czy mam już doświadczenie takiej „gwiazdy” w moim życiu? Jak rozpoznaję „znaki” obecności Jezusa w moim życiu? Czy rozpoznaję? A jeśli rozpoznaję, to czy potrafię te „znaki” prawidłowo odczytać? Czy mam również odwagę, aby pójść za takim „znakiem-gwiazdą” w nadziei, że poprowadzi mnie ostatecznie do spotkania z Chrystusem?
  Na przychodzącego Jezusa można zareagować w różny sposób. Dla pasterzy była to Dobra Nowina o pokoju i radości. Dla Heroda wiadomość o narodzinach Jezusa (Mesjasza i Króla) była czymś przerażającym, zareagował nienawiścią i agresją. Wielu w ogóle tego faktu nie zauważyło albo byli obojętni. Moje serce i życie może również posiadać różne „obszary”, w których Jezus jest witany z radością i pokojem, w innych z lękiem i agresją lub obojętnie i z ignorancją.
Spróbuję się zastanowić, zobaczyć i otworzyć całe swoje serce, aby zobaczyć różne „obszary”, bardziej i mniej przychylne dla przychodzącego Jezusa. On pragnie narodzić się w sercu każdego człowieka i chce, aby to było źródłem pokoju a nie lęku.
                                      Bóg jest Miłością, a w Miłości nie ma lęku!

wtorek, 1 stycznia 2013

NOWY ROK 2013

   Nadchodzący Nowy Rok to nie tylko okres radości, ale również zadumy nad tym, co minęło i nad tym, co nas czeka. Tak wiec życzę wszystkim moim blogowiczom dużo optymizmu i wiary .
    Niech Pan Wam wszystkim w tym rozpoczynającym się 2013 Roku błogosławi.
                                               życzy z całego serca  s. Marta