sobota, 4 kwietnia 2015

NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO


             


                                                                               WIELKANOC   2015  R





Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno (...) Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych.
(J 20, 1, 6-9)




                                                                                                      



Piotr z Janem zrozumieli i uwierzyli w zmartwychwstanie Jezusa dopiero, gdy zobaczyli PUSTY GRÓB. Ich zachowanie było typowo ludzkie - my też obciążeni problemami i przeciwnościami… wielokrotnie zapominamy o tym, co mówi do nas Pan.

Leżące płótna otworzyły uczniom oczy. To, co jeszcze chwilę wcześniej
wydawało się niemożliwe, stało się teraz faktem - CHRYSTUS PRAWDZIWIE ZMARTWYCHWSTAŁ - jak powiedział.

Każdy z nas może właśnie dziś, tak jak kiedyś dwaj uczniowie, zatrzymać
się przy pustym grobie Jezusa i od nowa uwierzyć, od nowa zrozumieć, że na krzyżu
nie skończyło się Jego życie… Przyjęcie prawdy o zmartwychwstaniu Chrystusa wymaga odwagi.

Czy mam odwagę wejść do pustego grobu i wyznać wiarę w Jezusa Zmartwychwstałego?

Życzę takiej właśnie ODWAGI… która pozwoli wejść… zatrzymać się… na nowo uwierzyć… i wyznać wiarę… że  JEZUS ŻYJE!  PRAWDZIWIE   ZMARTWYCHWSTAŁ!



                           Z darem modlitwy i radosnym ALLELUJA!

                                          wszystkim blogowiczom
                                                                                      życzy       
                                                                                                                      s. marta









sobota, 28 marca 2015

NIEDZIELA PALMOWA - MĘKI PAŃSKIEJ

                       (Mk 15, 1-39)

„Zaraz wczesnym rankiem arcykapłani wraz ze starszymi i uczonymi w Piśmie i cała Wysoka Rada powzięli uchwałę. Kazali Jezusa związanego odprowadzić i wydali Go Piłatowi. Piłat zapytał Go: «Czy Ty jesteś królem żydowskim?» Odpowiedział mu: «Tak, Ja nim jestem». Arcykapłani zaś oskarżali Go o wiele rzeczy. Piłat ponownie Go zapytał: «Nic nie odpowiadasz? Zważ, o jakie rzeczy Cię oskarżają». Lecz Jezus nic już nie odpowiedział, tak że Piłat się dziwił. Na każde zaś święto miał zwyczaj uwalniać im jednego więźnia, którego żądali. A był tam jeden, zwany Barabaszem, uwięziony z buntownikami, którzy w rozruchu popełnili zabójstwo. Tłum przyszedł i zaczął domagać się tego, co zawsze im czynił. Piłat im odpowiedział: «Jeśli chcecie, uwolnię wam Króla Żydowskiego?» Wiedział bowiem, że arcykapłani wydali Go przez zawiść. Lecz arcykapłani podburzyli tłum, żeby uwolnił im raczej Barabasza. Piłat ponownie ich zapytał: «Cóż więc mam uczynić z tym, którego nazywacie Królem Żydowskim?» Odpowiedzieli mu krzykiem: «Ukrzyżuj Go!» Piłat odparł: «Cóż więc złego uczynił?» Lecz oni jeszcze głośniej krzyczeli: «Ukrzyżuj Go!» Wtedy Piłat, chcąc zadowolić tłum, uwolnił Barabasza, Jezusa zaś kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie. Żołnierze zaprowadzili Go na wewnętrzny dziedziniec, czyli pretorium, i zwołali całą kohortę. Ubrali Go w purpurę i uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę. I zaczęli Go pozdrawiać: «Witaj, Królu Żydowski!» Przy tym bili Go trzciną po głowie, pluli na Niego i przyklękając oddawali Mu hołd. A gdy Go wyszydzili, zdjęli z Niego purpurę i włożyli na Niego własne Jego szaty. Następnie wyprowadzili Go, aby Go ukrzyżować. I przymusili niejakiego Szymona z Cyreny, ojca Aleksandra i Rufusa, który wracając z pola właśnie przechodził, żeby niósł krzyż Jego. Przyprowadzili Go na miejsce Golgota, to znaczy miejsce Czaszki. Tam dawali Mu wino zaprawione mirrą, lecz On nie przyjął. Ukrzyżowali Go i rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy, co który miał zabrać. A była godzina trzecia, gdy Go ukrzyżowali. Był też napis z podaniem Jego winy, tak ułożony: «Król Żydowski». Razem z Nim ukrzyżowali dwóch złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Tak wypełniło się słowo Pisma: W poczet złoczyńców został zaliczony. Ci zaś, którzy przechodzili obok, przeklinali Go, potrząsali głowami, mówiąc: «Ej, Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, zejdź z krzyża i wybaw samego siebie!» Podobnie arcykapłani wraz z uczonymi w Piśmie drwili między sobą i mówili: «Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. Mesjasz, król Izraela, niechże teraz zejdzie z krzyża, żebyśmy widzieli i uwierzyli». Lżyli Go także ci, którzy byli z Nim ukrzyżowani. A gdy nadeszła godzina szósta, mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. O godzinie dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: «Eloi, Eloi, lema sabachthani», to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? Niektórzy ze stojących obok, słysząc to, mówili: «Patrz, woła Eliasza». Ktoś pobiegł i napełniwszy gąbkę octem, włożył na trzcinę i dawał Mu pić, mówiąc: «Poczekajcie, zobaczymy, czy przyjdzie Eliasz, żeby Go zdjąć [z krzyża]». Lecz Jezus zawołał donośnym głosem i oddał ducha. A zasłona przybytku rozdarła się na dwoje, z góry na dół. Setnik zaś, który stał naprzeciw, widząc, że w ten sposób oddał ducha, rzekł: «Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym»”

   W Niedzielę Męki Pańskiej kontemplujemy miłość Boga do człowieka objawioną w krzyżu Syna Bożego. Księga Powtórzonego Prawa stwierdza: (PPrzeklęty każdy, którego powieszono na drzewie (Pwt 21,23). Dla nas jednak Jezus na krzyżu nie jest „przekleństwem”. Krzyż jest nie tylko formą cierpienia i upokorzenia. Krzyż odsłania chwałę i miłość Boga. Krzyż objawia prawdziwe oblicze Boga. W męce i śmierci Jezusa widzimy Boga wydanego ludziom, Boga słabego, bezbronnego, traktowanego jak przestępca, wydrwionego, upokorzonego; Boga, który nie stawia oporu. Wszyscy mogą Go uderzyć, znieważyć, ośmieszyć... Faryzeusze i uczeni w Piśmie, Piłat i Herod, żołnierze rzymscy i przechodnie pod krzyżem, słudzy świątynni i my !!!
   Wszechmoc Boża wydaje się na poniżenie, odrzuca drogę mocy, potęgi, cudu. Jezus nie niszczy wrogów, nie schodzi z krzyża. Nie zbawia świata w sposób spektakularny, ale w cierpieniu, cierpliwości i pokorze. Bóstwo jakby się ukrywa, pisze św. Ignacy z Loyoli, 
a cierpi człowieczeństwo.
Tego aspektu krzyża nie zrozumiała religijna elita żydowska ani podatny na manipulacje tłum. Zrozumieli natomiast ci, którzy byli najbliżej cierpiącego Jezusa: Maryja i Jan, kobiety, dobry łotr, Szymon z Cyreny, setnik rzymski…
Adorujemy dziś krzyż Jezusa. Idziemy z Nim Jego Drogą Krzyżową, pytamy o jej sens. Próbujemy także na nowo odkryć w sobie ucznia, który idzie za Jezusem i z Nim dźwiga krzyż.
                          Jakim uczniem jestem na Drodze Krzyżowej Jezusa?
Może jestem jak Szymon Cyrenejczyk. Przymuszony pomagam dźwigać Jezusowi krzyż. Ale czy to ja znalazłem się na Jego drodze, czy też Boża Opatrzność posłała Go na moją drogę? Czy jestem tylko tym, który pomaga, czy też tym, który otrzymuje? Czy ja niosę krzyż Jezusa, czy odwrotnie – On mój?
Może jestem Weroniką. Podchodzę, by otrzeć Jego rany. Ale czy to ja ocieram rany Jezusa, czy Jezus moje? Czy to nie w Jego ranach jest moje uzdrowienie?
Może jestem jak kobiety współczujące. Pocieszam, płaczę i współczuję. Inaczej nie potrafię wyrazić mojej solidarności i miłości. Ale czy to nie ja bardziej potrzebuje Jego pociechy i współczucia? Czy to nie On cały w bólu i cierpieniu, zamiast myśleć o sobie, przynosi mi pociechę?
Może jak Maryja, stoję w miłości. Trwam w milczeniu na Drodze Krzyżowej i pod krzyżem. Kto jednak bardziej potrzebuje miłości. Czy On – mojej? Czy ja Jego?
A może stoję obojętny, niewzruszony. Może wydaje mi się, że to tylko historia bez większego wpływu na losy świata i moje? Czy pozostanę nadal widzem, obojętnym przechodniem? Czy będę miał odwagę podejść blisko, dotknąć drzewa krzyża, spojrzeć w twarz Jezusa i wyczytać z Niej nieskończoną miłość Boga do mnie?

sobota, 21 marca 2015

V NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

                                                                                                 
                                                                         
                         (J 12, 20-33)
„A wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon [Bogu] w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go mówiąc: «Panie, chcemy ujrzeć Jezusa». Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. A Jezus dał im taką odpowiedź: «Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię!». Wtem rozległ się głos z nieba: «Już wsławiłem i jeszcze wsławię». Tłum stojący [to] usłyszał i mówił: «Zagrzmiało!» Inni mówili: «Anioł przemówił do Niego». Na to rzekł Jezus: «Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie». To powiedział zaznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć”

    Dzisiejsza Ewangelia rozpoczyna się prośbą skierowaną przez Greków do Apostoła Filipa: Panie, chcemy ujrzeć Jezusa. Kontemplacja oblicza Jezusa została przez Jana Pawła II odkreślona jako najważniejszy cel chrześcijan na trzecie tysiąclecie. Papież nie mówił w pierwszym rzędzie o zmianie świata, walce z niesprawiedliwością, złem, cierpieniem. Ale o kontemplacji oblicza Jezusa.
Kontemplacja Jezusa cierpiącego i chwalebnego jest mocą, siłą do naśladowania Go w życiu. W pewnym stopniu doświadczymy czy przenikniemy tajemnicę „osobowości Boga”, gdy przez wiarę zgodzimy się ujrzeć Go w Jezusie Chrystusie. Osoba Jezusa, Jego życie, słowa, czyny, Jego miłosierdzie, dobroć, miłość są najdoskonalszym odbiciem oblicza i Serca Boga.
   Jedynie Jezus rzeczywiście widział Boga, ponieważ sam jest Bogiem. Spoczywa w sercu Boga. Pozostaje w najbardziej intymnej więzi z Ojcem. I ten Jezus, który jest odbiciem Ojca, stał się człowiekiem, przyjął ciało, wstąpił w naszą historię. Kontemplując Jego ziemskie życie, Jego słowa i czyny, możemy uchwycić coś z życia niezgłębionej tajemnicy Ojca. W Jezusie my, ludzie, oglądamy Boga i Jego miłość. I w Jezusie uzyskujemy intymną więź z Ojcem. W Nim możemy niejako spoczywać w sercu Ojca. Kontemplując serce Jezusa doświadczamy w ograniczonym stopniu tego, o czym mówi św. Jan – oglądamy chwałę Boga 
(por. J 1, 14).
W odpowiedzi na prośbę Greków Jezus zapowiada swoje cierpienie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Dzięki tym wydarzeniom przyciągnie wszystkich do Siebie . Jest jak ziarno, które musi obumrzeć, by wydać stokrotny plon. Musi „stracić ziemskie życie”, by zyskać nowe, uwielbione i przemienione.
Obumierające ziarno uświadamia, że to, co najpiękniejsze i najcenniejsze rodzi się w bólu i cierpieniu. Nie ma miłości bez cierpienia. Prawdziwa miłość jest obumieraniem egoizmowi, „przebijaniem własnego serca” i wydawaniem go dla innych. „Obumieranie ja” jest zawsze bolesne i pozostawia ranę. Ale bez niej nie ma miłości. Jest egoizm. Poprzez „obumieranie sobie” naśladujemy Chrystusa, zbliżamy się do Jego miłości i miłości drugiego człowieka.
Jakie są moje najgłębsze pragnienia, tęsknoty i pytania? Jakie pytanie chciałbym zadać dziś Jezusowi? Co bym odpowiedział, gdyby podszedł do mnie jakiś człowiek i poprosił, jak Filipa: „Chcę zobaczyć Jezusa! Pokaż mi oblicze Boga!”? Co we mnie musi „obumrzeć”? Co wymaga przewartościowania? Co odbudowy?

sobota, 14 marca 2015

IV NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

                                                                                                         (J 3, 14-21)
         
„A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu”
    W czasie nocnej rozmowy z Nikodemem, przedstawicielem żydowskiej elity religijnej, Jezus odwołuje się do wydarzenia z czasów wędrówki Izraelitów przez pustynię (Lb 21, 4-9). Pomimo doświadczania Opatrzności, lud szemrał, buntował się, kłócił się z Mojżeszem, poddawał w wątpliwość dobroć Boga. Odpowiedzią była „kara”. Pojawiły się węże, dziesiątkując ludność. Wówczas lud zwrócił się do Mojżesza, który w modlitwie wstawienniczej uzyskał przychylność Jahwe. Bóg nakazał sporządzić Mojżeszowi miedzianego węża i powiesić go na palu; ktokolwiek z wiarą spojrzał na niego, przeżył.
Księga Mądrości podkreśla istotę cudu na pustyni; jego przyczyną nie był wąż lub magiczne spojrzenie na niego, ale wiara Bogu: A kto się zwrócił do niego, ocalenie znajdował nie w tym, na co patrzył, ale w Tobie, Zbawicielu wszystkich (Mdr 16, 7).
    To prastare wydarzenie z historii Izraela Jezus odnosi do swojej męki i śmierci. Zapowiada w ten sposób swoje wywyższenie na krzyżu. Żydzi wielokrotnie chcieli ukamienować Jezusa, gdyż uważali Go za bluźniercę. Jednak Bóg nie chciał, by Jezus został ukamienowany. Człowiek ukamienowany staje się niejako niewidoczny, spłaszczony. Jezus natomiast miał być ukazany w całej postaci i w pełnym świetle na krzyżu, by można Go było kontemplować i adorować. Jezus wchodzi na górę Kalwarię. Jest to ruch wstępujący, prowadzący do Ojca. Na Golgocie zawiśnie w miejscu centralnym, pomiędzy dwoma innymi złoczyńcami. Św. Jan ukazuje krzyż Jezusa jako tron Króla i miejsce wywyższenia Jezusa: Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM (J 8, 28); A Ja gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie (J12, 32). Jezus na krzyżu przyciąga wszystkich do siebie swoją miłością. Krzyż Jezusa mówi, albo raczej krzyczy o miłości Boga do człowieka. Miłość jest najważniejszym słowem wypowiedzianym przez Boga, co więcej, należy do istoty Boga, bo Bóg jest miłością (1 J 4, 8). Bóg jednak nie "zachowuje" miłości dla siebie, ale dzieli się nią ze światem, z człowiekiem. Świat, chociaż grzeszny, jest w sercu Boga. Zrodził się z Jego miłości, żyje dzięki niej i zbawi się dzięki niej. Największym znakiem miłości Boga jest Jego Syn. Bóg zachowuje się jak kochający, zakochany, który ze względu na świat oddaje i ryzykuje życiem własnego Syna. Bóg kocha świat miłością "bałwochwalczą" (K. Berger). Daje człowiekowi udział we własnym nieśmiertelnym boskim życiu.
   Przeciwieństwem miłości i światła jest ciemność, życie w grzechu, bez Boga. Współczesny świat gloryfikuje zło, antywartości, ideały. Dobro bywa wyśmiewane, odrzucane i ukrywane. Jakby należało się go wstydzić. Zamiast cywilizacji miłości i życia, promuje się cywilizację zła i śmierci (życie bez Dekalogu, wszechogarniająca konsumpcja, aborcje, eutanazje, manipulacje genetyczne, wolne związki, degradacja małżeństwa i rodziny, pornografia i inne uzależnienia…). Świat i człowiek bez światła Ewangelii i miłości Boga idzie w kierunku autodestrukcji. Bóg jednak nie przygląda się "bezczynnie". Dociera jak Dobry Pasterz do każdej zagubionej owcy, by pochylić się nad nią z uzdrawiającym miłosierdziem i przyciągnąć ponownie do swego Serca.
    W jakich sytuacjach szemrzę wobec Boga? Co sądzę o karze Bożej? Czym jest dla mnie krzyż? Jakie miejsce w moim życiu duchowym zajmuje kontemplacja Jezusa na krzyżu? Która strona dominuje w moim życiu: jasna czy ciemna? W jaki sposób oceniam współczesny świat i człowieka? Czy dostrzegam miłosne znaki działającego nieustannie Boga?

sobota, 7 marca 2015

III NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU


                                 (J 2, 13-25)
„Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: «Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!» Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie. W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: «Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?» Jezus dał im taką odpowiedź: «Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo». Powiedzieli do Niego Żydzi: «Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni?» On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus. Kiedy zaś przebywał w Jerozolimie w czasie Paschy, w dniu świątecznym, wielu uwierzyło w imię Jego, widząc znaki, które czynił. Jezus natomiast nie zwierzał się im, bo wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co w człowieku się kryje”
    Świątynia jerozolimska, zamiast domu modlitwy, stała się miejscem handlu religijnego, a ludzka pobożność została wykorzystana do robienia interesów i wzbogacenia się. Wystąpienie Jezusa w świątyni przypomina gniew Mojżesza, który roztrzaskał kamienne tablice Dekalogu przed ludem, który podczas jego nieobecności oddawał kult innemu bogu - złotemu cielcowi (Wj 32, 19).
Poprzez reakcje gniewu Jezus jest prawdziwym człowiekiem i nic, co ludzkie, nie jest Mu obce… W Jego żyłach płynie gorąca krew; sfera Jego uczuć jest bardzo bogata. Umie być stanowczy i umie się śmiać, wzruszać, płakać. Czasami unosi się wielkim gniewem: zbiera on w Nim stopniowo, aż w końcu wybucha jak gwałtowna burza (U. Terrinoni). Chociaż Jezus gniewa się, wypowiada ostre słowa i reaguje agresją, nie pragnie potępienia człowieka; przeciwnie z całą mocą podkreśla miłość i miłosierdzie Ojca. Przecież przyszedł po to, aby nas zbawić! Jego gniew jest wyrazem troski o nas. Dzisiejsza trudna Ewangelia dotyczy każdego z nas. Handlarzem świątyni nie jest tylko człowiek, który zarabia pieniądze i wykorzystuje świątynię do zdobycia honorów, tytułów, przywilejów czy zrobienia kariery. Handlarzem świątynnym jest każdy, kto nadużywa świątyni, aby „robić interesy z Panem Bogiem”.

W rzeczywistości świątynia ma być miejscem nawrócenia. Cześć oddawana Bogu to cały wymiar życia w Duchu Świętym, to życie w prawdzie, to miłość uniwersalna, nie mająca względu na osoby. Istota kultu nie wyraża się tylko w darze, jaki przynosimy Bogu, ale przede wszystkim w sercach. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (Mt 6, 21). Jezus nie zamierza ograniczać przestrzeni, w której możemy się modlić i wielbić Boga. Chce nam jednak przypomnieć, że tym miejscem nie jest jedynie budowla, a nawet świątynia naszego ducha, o której mówi św. Paweł. Nowym sanktuarium, Nową Świątynią jest On sam – ukrzyżowany i zmartwychwstały, cierpiący i chwalebny, który żyje dziś w swoim Kościele.
    W jakich sytuacjach mojego życia Jezus mógłby zareagować gniewem? Co jest źródłem mojego gniewu? W jaki sposób go wyrażam? W jaki sposób przeżywam liturgię i modlitwę? Czy mają one wpływ na moje życie moralne? Co jeszcze muszę uporządkować w moim życiu, by mój dar, moja ofiara była miła Bogu?   

sobota, 28 lutego 2015

II NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

          (Mk 9, 2-10)
Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!». I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy "powstać z martwych"
   Wstępowanie na górę, przebywanie na niej posiada w Ewangeliach głębokie znaczenie. Jezus wstępuje na górę Błogosławieństw, górę Tabor, górę Oliwną, górę Kalwarię. O ile na górę Synaj zstępuje Jahwe, Bóg odległy i niedostępny dla prostego Izraelity, o tyle na górach, które wybiera Jezus objawia się Bóg – Człowiek, do którego może przystąpić każdy. Góry, na które wstępuje Jezus, nie są niedostępnymi szczytami, ale otwartą przestrzenią, na którą zaprasza wszystkich spragnionych miłości i prawdy.
Życie duchowe jest wiernym kroczeniem za z Jezusem na wszystkie góry, na których On sam przebywał; nie tylko na górę Przemienienia, ale również na górę walki wewnętrznej (Oliwną) i górę męki i cierpienia (Kalwarię). Naśladowanie Jezusa jest wiernym podążaniem za Mistrzem w chwilach radości, cierpienia i trudu oraz chwały.
Na górze Tabor Jezus przemienił się w obecności uczniów. Jego zewnętrzny wygląd jest symbolem tego, co działo się w Jego wnętrzu; bliskości i całkowitej więzi z Ojcem. W podobny sposób promieniowała twarz Mojżesza na Synaju, gdy rozmawiał z Bogiem (Wj 34, 29-30). Lśniąco białe szaty Jezusa są natomiast promieniowaniem boskości. Wszystko w Nim jest jasne, czyste, świetlane, objawia piękno i światło Boga. Św. Łukasz podkreśla, że przemienienie miało miejsce w czasie modlitwy. Modlitwa przemienia. Dzięki niej wszystko może stać się jasne, przejrzyste, czyste… Niepotrzebne są wtedy maski, iluzje. Pozostaje prawda o naszej słabości, ale również o wielkości.
Przemienienie Jezusa na górze Tabor dokonało się w obecności Mojżesza i Eliasza. Według tradycji żydowskiej Eliasz nigdy nie umarł (został wzięty jako żyjący do nieba), natomiast Mojżesz został pogrzebany przez samego Boga w nieznanym miejscu na górze Nebo. Obydwaj mieli pojawić się w czasach mesjańskich, zapowiadając bliski koniec świata.
    Obecność mężow Bożych rodzi w Apostołach uczucia ambiwalentne. Z jednej strony duchową fascynację. Wyraża ją Piotr, który chce utrwalić ten moment i zbudować trzy namioty dla Jezusa, Mojżesza i Eliasza. Propozycja Piotra nawiązuje do obecności Boga w Namiocie Spotkania w czasach Mojżesza. Zawiera jednak niezrozumienie. Trzy namioty oznaczają „trzy domy” dla trzech nauczycieli. W ten sposób zrównuje Jezusa z Eliaszem i Mojżeszem. Bóg Ojciec koryguje myślenie Piotra; wskazuje na Jezusa jako na Mesjasza, jedynego Syna Bożego, prawdziwego nauczyciela boskości i wzywa do posłuszeństwa Jemu: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. Eliasz i Mojżesz, podobnie jak uczniowie są sługami. Z drugiej strony w uczniach pojawia się lęk, strach, świadomość bóstwa Jezusa i dystansu, jaki dzieli uczniów od Niego. Ambiwalentne uczucia uczniów są wynikiem mistycznego obcowania z tajemnicą świętości i wielkości Boga, a z drugiej strony doświadczeniem Jego bliskości, która rodzi przyjaźń: Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego
(J 15, 14-15).
Czy chcę wstępować z Jezusem na szczyty życia wewnętrznego? Której góry się najbardziej boję, unikam? Czy doświadczyłem już przemieniającej mocy modlitwy? Czy moja twarz „promieniuje” dobrocią, życzliwością, miłością? Czy doświadczenie Bożej obecności rodzi we mnie radość i bojaźń bożą? Co we mnie wymaga jeszcze przemienienia?

sobota, 21 lutego 2015

I NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

                                                              (Mk 1, 12-15).
  
„Duch wyprowadził Jezusa na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu. Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!»”
     Publiczny okres działalności Jezusa zaczyna się na pustyni. Wyprowadził Go na nią Duch Święty. Wcześniej ten sam Duch umocnił Jezusa do podjęcia mesjańskiej misji w Jordanie. Na pustyni Jezus przebywał czterdzieści dni.
   Kościół rozpoczynając okres Wielkiego Postu zaprasza również nas na pustynię: Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca (Oz 2, 16). Czterdziestodniowy czas postu stanowi swoiste rekolekcje, które przypominają wędrówkę Izraela przez pustynię. Bóg chciał, aby ten czas był dla Ludu Wybranego czasem oczyszczenia, pogłębienia więzi, uświadomienia sobie szczególnego wybrania, głębszej miłości. Tymczasem okazał się czasem odejść, niewierności, szemrania, wątpliwości, niewiary i kuszenia Pana Boga.
   W naszej wędrówce przez pustynię życia jest podobnie. Nie zawsze chcemy iść drogą, którą prowadzi nas Bóg, wybieramy własny sposób na życie i szczęście. Brak nam odwagi, wytrwałości, cierpliwości; brak szczerości, ufności i wiary. Często idziemy przez pustynię życia samotnie, mnożąc „krzyże” i uginając się pod nimi. W czasie łaski i zbawienia, który rozpoczynamy, Bóg chce nam przypomnieć, że wędrówka przez pustynię życia nigdy nie jest samotna. Bóg zawsze jest na niej obecny, towarzyszy, prowadzi, wskazuje kierunek, upomina, bądź podtrzymuje na duchu. Jest obecny podobnie jak był z Noem, Mojżeszem, Eliaszem i Jezusem. Nawet gdy o Nim zapominamy, odwracamy się tyłem i idziemy własną drogą.
    Pustynia jest miejscem samotności i kuszenia.  Jezus kuszony na pustyni, musiał walczyć z wrogiem na „jego terytorium”. Pustynia uświadamia, że pokusa jest nieodłącznym elementem ludzkiego życia. Nie był od niej wolny nawet Boży Syn. Pokusa nie jest grzechem. Niezdrowe, „chore” poczucie winy sprawia, że czujemy się winni albo odpowiedzialni za nią. Aby pokonać pokusy potrzeba kształtowania wewnętrznej wolności i zrozumienia, że jest ona „zewnętrzna” wobec ludzkiej woli. I chociaż dręczy natarczywością, siłą, nigdy nie jest naszą winą.
Jezus odniósł zwycięstwo dzięki mocy Bożej i słowom Pisma świętego  Nie dyskutował z szatanem, ale odpierał jego pokusy stanowczo, spokojnie i z godnością. Był pewny, silny, odważny, miał w sobie wewnętrzny pokój, bo całkowicie ufał Ojcu. Wiedział, że ma za sobą moc Ojca i Ducha Świętego. W całym swoim życiu nie zmagał się z szatanem sam, ale w jedności z Ojcem, w mocy Ducha Świętego.
  
Jak przeżywam czas pustyni? Na czym polega moja największa niewierność Bogu, własnemu sumieniu? Jak radzę sobie z pokusami? Czy wierzę we wszechmoc Boga i ograniczoność szatana? Jakie miejsce jest „moim rajem”, w którym doświadczam obecności i miłości Boga?

sobota, 7 lutego 2015

V NIEDZIELA ZWYKŁA

                                          


                                                                       
(Mk 1, 29-39).

„Zaraz po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, tak iż gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: Wszyscy Cię szukają. Lecz On rzekł do nich: Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy”
    Dzisiejsza Ewangelia także zawiera opisy cudownych uzdrowień i wypędzeń złych duchów dokonanych przez Chrystusa w czasie Jego ziemskiej misji – uzdrowienie teściowej Szymona i innych ludzi dotkniętych rozmaitymi chorobami. Apostołowie i im współcześni wobec stojącego przed nimi problemu (choroby czy opętania) kierowali swe kroki ku Jezusowi: „zaraz powiedzieli Mu o niej; z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych”. Zdumiewa ich pewność i przekonanie o tym, że Jezus znajdzie właściwe rozwiązanie w tej trudnej sytuacji.
Wspólnym mostem łączącym oba fragmenty Ewangelii jest osoba Jezusa Chrystusa, który zbawia całego człowieka, jego ciało i duszę. Rodzi się zatem pytanie: W jaki sposób dziś przyjść do Jezusa ze swoją chorobą cielesną czy duchową?
Odpowiedź daje nam wiara: to właśnie sakramenty Kościoła są teraz kontynuacją dzieł Jezusa. Są one jakby mocami, które wychodzą z Jego ciała, aby nas leczyć z ran, grzechu i udzielać nowego życia. Przywołany wcześniej obraz symbolizuje boską i zbawczą moc Syna Bożego, który za pośrednictwem sakramentów zbawia ciało i duszę człowieka.
Choroba duchowa (grzech i jego skutki) czy wszelkiego rodzaju choroba ciała powinny prowadzić człowieka do Jezusa, który ma nie tylko moc uzdrawiania, lecz także przebaczenia grzechów.
Choroba i cierpienie należą do podstawowych problemów życia ludzkiego. Poddają to życie próbie. Człowiek doświadcza wówczas swojej niemocy i ograniczeń. Każda choroba pobudza go do głębszej refleksji nad rzeczywistością śmierci, prowadzi często do niepokoju, zamknięcia się w sobie, czasem nawet do rozpaczy i buntu przeciw Bogu. Może stanowić jednak drogę ku większej dojrzałości, może pomóc lepiej rozeznać to, co istotne i wartościowe. Powinna kierować do szukania Boga, powrotu do Niego. Stają zatem przed nami kolejne pytania: Czy sami korzystamy z pomocy tego Lekarza, którym jest Chrystus? Czy innym, dotkniętym w różnoraki sposób chorobą, ukazujemy sens spotkania z Chrystusem w sakramentach?
   Z dzisiejszej Ewangelii wyłania się obraz Jezusa współczującego, który przyszedł, aby uleczyć całego człowieka. Więcej, Jego współczucie posuwa się tak daleko, że utożsamia się On ze wszystkimi cierpiącymi: „Byłem chory, a odwiedziliście Mnie”. Miłość Zbawiciela do ludzi dotkniętych słabością powinna nas pobudzać do szczególnej troski o tych, którzy cierpią na ciele i duszy. Chrystus Pan domaga się jednak przede wszystkim wiary. Wiary w Jego boską i zbawczą moc! To ona jest warunkiem pełnego uzdrowienia człowieka.
Na kartach Ewangelii pojawiają się chorzy, którzy starają się dotknąć Jezusa, „ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich”. Widzimy to wyraźnie w scenie spotkania z kobietą cierpiącą na krwotok. Jezus też posługuje się tym gestem, czyni to w odniesieniu do teściowej Szymona: „On zbliżył się do niej i, ująwszy ją za rękę, podniósł”. Także dziś w sakramentach Chrystus nadal „dotyka” ludzi, aby ich uzdrowić.
Pan wzywa nas również, abyśmy wpatrując się w Niego i idąc za Nim, zyskali nowe spojrzenie na chorobę i ludzi chorych, abyśmy innych doprowadzili do Niego – prawdziwego Lekarza dusz i ciał.
„Uzdrawiajcie chorych!” – czytamy w Ewangelii św. Mateusza (10,8). Kościół otrzymał to zadanie od samego Pana. Powinniśmy je realizować przez opiekę nad chorymi, modlitwę wstawienniczą, a przede wszystkim przez udział w życiu sakramentalnym. To w nim doświadczamy ożywiającej obecności Chrystusa: w sakramencie pokuty przez przebaczenie, w namaszczeniu chorych przez umocnienie, a w Eucharystii przez Chleb, który daje życie wieczne.
Także dziś Jezus Chrystus bierze na siebie nędzę i słabość, chorobę i grzechy naszego życia. Uzdrowienie przez sakramenty niech będzie znakiem przyjścia królestwa Bożego, niech zapowiada jeszcze bardziej radykalne uzdrowienie: zwycięstwo nad grzechem i śmiercią przez Jego Paschę, w której uczestniczymy. Chrystus bowiem na krzyżu wziął na siebie cały ciężar zła i zgładził grzech świata (por. J 1,29), którego skutkiem jest właśnie choroba. Przez swoją mękę i śmierć na krzyżu nadał cierpieniu nowe znaczenie. Niech teraz upodabnia nas do siebie, jednoczy ze swą zbawczą męką.
                               Otwórzmy zatem nasze serca na uzdrawiającą moc sakramentów.
               

sobota, 31 stycznia 2015

IV NIEDZIELA ZWYKŁA

                                            
 
(Mk 1, 21-28)


"Przyszli do Kafarnaum. Zaraz w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej".

    Opętany jest przede wszystkim człowiekiem słabym, bezbronnym, zniewolonym przez zło, rozbitym. W opętanym "mieszka demon, wróg", który przywłaszcza sobie człowieka, czyli to, co należy do Boga. Dlatego "duch nieczysty musi wyjść, aby opętany człowiek mógł wyjść ze swego więzienia i odnaleźć utraconą jedność i harmonię. Wypędzenie złego ducha jest usunięciem sił zła, "oczyszczeniem zatrutego organizmu, terenu".
Ewagriusz z Pontu, przedstawiciel monastycyzmu wschodniego, żyjący w IV wieku, pisze o ośmiu demonach, które mogą zawładnąć sercem mnicha. Doświadczenie uczy, że nie tylko mnicha. Są to demony: pychy, próżności, gniewu, smutku, chciwości, nieczystości, obżarstwa i acedii, czyli duchowej pustki, apatii, lenistwa. W naszych czasach te zniewalające od zewnątrz i wewnątrz demony są bardziej subtelne i wyrafinowane. Są "zakorzenione" i wypływają z myślenia ludzkiego, zmysłowego, konsumpcyjnego. Ich zewnętrznym przejawem są współczesne bożki: ranga społeczna, sukces, pieniądze, stosunki, zmysłowość, kultura…
     Jezus wypędza demony słowem. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. Ludzie, którzy są świadkami cudu są zdumieni. Jezus działa, czyni cuda mocą słowa, które uzdrawia i czyni człowieka wolnym. Słowo Jezusa nie przypomina retoryki faryzeuszów i uczonych w Piśmie. Ono wypływa z jego wnętrza, z Jego osoby, z boskiego źródła.
Ojcowie Pustyni i Ojcowie Kościoła radzą, by postępować w podobny sposób. Wypędzać demony słowem Pisma Świętego. Jest to prosta metoda, która polega na przeciwstawianiu negatywnych myśli, pokus - pozytywnym myślom, słowom, zdaniom zaczerpniętym z Pisma Świętego.
Trzeba najpierw nazwać "swojego demona", poznać własne myśli, pokusy, pożądania. A następnie w czasie pokus, ataków zła - wypowiadać z mocą, jak mantrę, czy akty strzeliste, słowa Pisma świętego, które są przeciwieństwem pokus. Szczególnie przydatne są wersety z Psalmów, Księgi Przysłów albo poszczególne zdania Jezusa. Ta prosta metoda wyzwala i przynosi wewnętrzny pokój. Daje również większe poczucie bezpieczeństwa i zaufania Bogu.

Czy znam już "swojego demona"? Jakie "nieczyste siły" zniekształcają moje myślenie? Jakie są moje ulubione słowa Pisma świętego? W jaki sposób radzę sobie z pokusami?

sobota, 24 stycznia 2015

III NIEDZIELA ZWYKŁA

                                             
     (Mk1, 14-20)

„Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!» Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi». I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim” (Mk 1, 14-20).
Niedziela w Tygodniu modlitw o jedność chrześcijan przypomina obraz powołania uczniów. Schemat powołania jest bardzo prosty: Jezus powołuje, uczeń odpowiada. Jest to jakby wzorcowa scena. Co jednak w niej uderza?
    Najpierw spojrzenie Jezusa, które jest wyborem, propozycją wspólnoty. W czasach Jezusa uczniowie sami szukali i wybierali mistrza, nauczyciela. Jezus czyni odwrotnie; On sam wybiera. Św. Paweł napisał o sobie, że został zdobyty przez Chrystusa. Jezus wybrał dwunastu Apostołów, ale później nieustannie ich powoływał. Każdy codzienny kontakt z Nim był nowym spojrzeniem i nowym powołaniem.
Nie można żyć siłą „jednego powołania” całe życie. Jeżeliby dwoje młodych ludzi poznając siebie, wyznało miłość  i później nigdy więcej o tym nie mówiło, to siła ich miłości wcześniej czy później wygaśnie, wyczerpie się. Człowiek potrzebuje ciągle na nowo w różny sposób wyrażać swoje uczucie. Podobnie jest w relacjach z Jezusem. Powinniśmy pielęgnować nieustanną świadomość, że On codziennie, dziś, jutro, pojutrze jest w naszym życiu, naszej codzienności, jest z nami, kocha nas i potrzebuje.
   W scenie powołania uderza żądanie bezwarunkowego zawierzenia.  Jezus mówi tylko: Pójdź za Mną. Nie mówi, czego chce ani dokąd zaprowadzi uczniów. Idąc za Jezusem uczeń poznaje Go; nie poprzez dyskusje, ale przez intymną obecność. Poznaje Jego styl życia, Jego wybory, mentalność, kryteria, preferencje. Dzięki temu „uczy się Jezusa”. Jest to proces całego życia. Nie ma ucznia, który byłby doskonały od razu. Uczniem, chrześcijaninem człowiek się staje.
My, dzisiejsi uczniowie, mamy dwa ważne narzędzia poznawania Jezusa. Pierwszym jest Pismo święte. Gdy je czytamy, szczególnie Ewangelie albo listy św. Pawła, spotykamy Jezusa historycznego, poznajemy Go stopniowo. Drugim źródłem jest Eucharystia, Msza święta. Uczestnicząc w niej świadomie spotykamy się z żywą osobą Jezusa.
„Być z kimś” oznacza mieć dla niego czas, czuć jego bliskość, wyrażać swoją miłość, uczucie. Jeżeli kochamy , to pragniemy być często w towarzystwie osoby kochanej, nawet nic nie mówiąc. Wiemy dobrze, że najwspanialsze prezenty nie zastąpią obecności. Warunkiem przyjaźni z Jezusem jest również przebywanie w Jego obecności, przy Nim, „u Jego boku”, jak Maria z Betanii (por. Łk 10, 39).
W powołaniu Jezusa uderza  również wyrzeczenie uczniów. Pozostawiają swoje „sieci”, czyli swój zawód, pracę, dom, więzi rodzinne i idą za Nauczycielem. Uczniowie zafascynowali się Jezusem, Jego osobą, Jego słowem. Jezus ich pociągnął do Siebie i za Sobą jak magnes. Podobnie jest między ludźmi. Jeżeli dwoje ludzi wzajemnie się nie zauroczy, nie zafascynuje, to będą żyć nie z sobą, ale obok siebie, jak wiele (niestety!) współczesnych małżeństw.
Jak odczytuję swoje powołanie? Czy wzrastam w nim? Czy Jezus mnie fascynuje i pociąga? W jaki sposób Go poznaję i pogłębiam moją więź z Nim?